21 kilometrów i… uśmiech
Minęło już wystarczająco dużo czasu, aby mięśnie zapomniały o tym co się stało 28 marca 2010 roku, a działo się wiele.
Do Warszawy trafiliśmy dzień szybciej, przyjazd w znajome strony nie mógł jednak tym razem zakończyć się staropolskim zapijaniem ogórków wódką i jeszcze bardziej tradycyjnym kacem na drugi dzień. Przy łóżku poustawialiśmy składniki na śniadanie w postaci HMB, Glutaminy i rzeczy potrzebnych do zrobienia pysznych naleśników z masłem orzechowym i bananami. Kłopotem okazało się odpowiednie ustawienie budzików – nikt nie wiedział, czy zareagują one na zmianę czasu; postanowiliśmy więc poustawiać wszystkie możliwe wersje budzenia, tak aby po prostu się nie spóźnić.
Oczywiście jak to zwykle bywa, podręcznikowo przespaliśmy około 5,5 godziny, po czym powoli zaczęły hałasować dźwięki budzików, nastała poranna walka z sobą, do czasu pierwszej wygranej bitwy przy udziale kawy, później już tylko naleśniki, trochę chemii, rzut białka, spakowanie rzeczy i jedziemy.
Start i Meta Półmaratonu Warszawskiego była na Krakowskim Przedmieściu. Prawie cztery tysiące osób, miliony banerów, tysiące dźwięków i setki toi toi. Organizatorom trzeba przyznać, że wszystko było dopięte na ostatni guzik, no bynajmniej ja nie odczułem żadnych uchybień. Wszystko ładnie opisane, również po angielsku; jak na taką liczbę osób, żadnych kolejek przy kiblach, miejscach oddawania rzeczy osobistych, no kolejka była tylko na starcie.
Wystrzał równo o godzinie 10:00, zgodnie z programem, kilka porządnych chwil po wystrzale zaczęliśmy biec. Jak zwykle emocje wzięły górę nad rozsądkiem, plan spokojnego startu legł w gruzach i zaczęliśmy wyprzedzać tyle osób ile się da. Lewa, prawa, bokiem, środkiem i po chwili byliśmy kilkaset osób do przodu, a tętno zamiast 155 jak założyłem, wahało się powyżej 170. Przy trzecim kilometrze opanowaliśmy emocje, a bardziej nasz organizm nas opanował i ustawiliśmy tempo na to z góry zakładane.
Na trasie wyścigu, trzeba przyznać, było sporo kibiców, w tym tych przypadkowych, myjących na przykład okna w domu, lub stojących przed kościołem. Zgodnie z obietnicami organizatora, co kilka kilometrów jakiś zespół przygrywał na instrumentach, najpierw Orkiestra Policyjna, później zespoły grające na djembe i innych podobnych rzeczach.
Po 15 kilometrach “biegu zgodnie z planem” postanowiłem sprawdzić siebie (przecież o to chodzi w zawodach:) i przyspieszyłem. Zredukowałem bieg, wcisnąłem gaz i do przodu. Puls z 155 przyspieszył do 180 – 190 uderzeń na minutę, jak się później okazało maksymalnie osiągając 205. Pole widzenia skurczyło mi się do tego co z przodu, oddech wszedł na wyższe obroty, a mięśnie nóg poczuły, że to już nie przelewki. Na 19 kilometrze poczułem, że jak stanę, to już prawdopodobnie tak zostanę, więc postanowiłem nie zwalniać, a jedynie przyspieszyć. Ostatnią prostą spędziłem na sprincie z miłą panią, która pomiędzy szybkimi oddechami spytała czy się może podłączyć, a ja z szybkim uśmiechem, jeszcze szybciej powiedziałem OK. Na mecie dwie panie przejechały mi po klatce czujnikiem, żeby wypunktować mój czas, później szybko wziąłem napój izotoniczny ze stanowiska i folię z wielkim logiem organizatora i wyszedłem z tzw. linii mety. Przeszedłem jeszcze kawałek, a ten krótki spacer był chwilowo nie lada wysiłkiem, przykucnąłem i poczułem dosłownie każdy mięsień, mówiący mi, że chyba oszalałem z tym biegiem.
W czasie sprintu wyprzedziłem około 600 osób, pozwoliło mi to spełnić cel czyli ukończyć bieg w czasie poniżej 2 godzin – dokładnie 01:58:53 netto, w tym czasie spaliłem około 1900 kcal, a skutki biegu odczuwałem przez najbliższe 3 dni. Ale było warto.



Raz jeszcze gratulacje! Tradycyjnie – świetnie się czyta.
Giga, dobry poziom, fajnie napisane, Giga.
Dobrze to się czyta a biega się fe … ale jak lubisz to powodzenia gratulacje spoko czilałt i bajlando
Oni chyba specjalnie robią te półmaratony, gdy jest zmiana czasu
Dużo palisz tych kalorii. Pozdrowienia z Poznania