Run Forest, run
Nie samym rowerem człowiek pisać może. Zgodnie z tą starą i znaną maksymą do bloga załączam kolejną kategorię – BIEGANIE. Nie będzie rozwodzenia się nad wyższością pedałowania od truchtania, czy też w drugą stronę, bo to tak, jakby dyskutować nad wyższością downhillu od MTB. Osobiście obie te formy spędzania czasu z sobą, lub drugą osobą traktuję na równi, aczkolwiek trening biegowy zajmuje o wiele więcej miejsca w moim rozkładzie dnia.
Co jest tak wciągającego w poceniu się przekładając nogi lewej i prawej na zmianę do przodu? Po pierwsze zdziwienie ludzi; bo niestety chłop w dresie bez “bejsbola” w ręku budzi wciąż zdziwienie. Przede wszystkim jednak jeśli się już człowiek wciągnie, bieganie działa jak narkotyk, chce się go więcej, częściej, poświęca coraz więcej czasu i daje wiele radości. Tylko skutków ubocznych nie ma, jeśli ktoś mówi inaczej – jest w błędzie.
Z bieganiem wiąże się kilka podstawowych zasad, które staram się przestrzegać. Primo, tak naprawdę nie wiesz jak masz to robić. Chociaż bieganie wydaje się prostą czynnością, którą każdy zna od dzieciństwa – jest inaczej. Przekonałem się o tym czytając swoją pierwszą książkę w tym temacie, po której uświadomiłem sobie jak wiele rzeczy robię źle. Zdobywanie wiedzy jest równie ważne co praktyka, a wiedza jest tym bardziej potrzebna, im bardziej się w tą aktywność wciągniemy. Secundo. Bieg to przyjemność. Zazwyczaj treningi traktuję jako przyjemny kontakt z naturą, daleko mi do masochizmu, wypluwania płuc i innych sadystycznych praktyk, do tego są zawody. Cokolwiek w życiu robisz, niech daje Tobie przyjemność, oto podstawa wszystkiego, również biegania. Na treningach staram się nie wypluwać płuc, walczyć z bólem i stosować innych sadystycznych praktyk. Oczywiście, nie jest to zabronione, jednak jeśli bieg przyniesie Tobie przede wszystkim przyjemność, będzie to całkiem inna forma aktywności, a po pewnym czasie przebiegniesz maraton z uśmiechem na ustach.
I tego wszystkim życzę, uśmiechu na ustach, w czasach maratonu.
ghost bikes
Już minęła chwila czasu od dnia, kiedy to kalendarz wytyczył wszystkim wspominanie bliskich zmarłych. Często jednak idąc lub jadąc drogą, bez względu na dzień, widzi się stojące na poboczach znicze, będące świadectwem tragedii i równocześnie ostrzeżeniem.
Jak się okazało społeczność rowerzystów na świecie, już od kilku lat ma własny sposób na upamiętnienie zabitego rowerzysty w wyniku wypadku drogowego. Pomysł pojawił się w San Francisco w roku 2002, a został rozwinięty w St. Luis rok później przez pana o nazwisku Van der Tuin. Wszystko polega na postawieniu w miejscu wypadku, w wyniku którego zginął rowerzysta, roweru w całości pomalowanego na biało, często wykorzystywany jest zniszczony rower.
Pierwszy “duch roweru” w Polsce stanął w Łodzi 2 listopada 2009 roku, upamiętnia śmierć Mariusza Moronia. Mocno prawdopodobnym jest, że takich instalacji będzie w naszym kraju coraz więcej. Być może dzięki temu, coraz więcej osób zrozumie, że jazda rowerem po naszych drogach nie należy do bezpiecznych, a starcie 10 kg roweru z ponad toną blachy może kończyć się tylko w jeden sposób.
światło
I oto nadszedł czas kiedy coraz szybciej nadchodzi zmrok i coraz później wita nas Słońce, przy okazji coraz częściej można (w ostatniej chwili) zauważyć Mrocznych Rycerzy, czyli rowerzystów, którzy nie uznają za istotne bycie widocznym na drodze.
Dla tych wszystkich, którzy jednak nie mają w oczach noktowizora lub / i chcieliby nie mieć spotkania trzeciego stopnia z innym pojazdem, czy też pieszym i zastanawiają się nad kupnem w rozsądnej cenie porządnego źródła światła polecam Sigmę Smilux.
Uprzednio jednak kilka informacji, co do powstania mojej opinii:
- primo, nie miałem do testowania innych produktów (jakimś niefartem producenci nie przysłali mi egzemplarzy do testowania), więc moja opinia powstała jedynie w wyniku żmudnego przeglądania stron internetowych, porównywania zawartych tam informacji, przede wszystkim podanych wartości PLN
- secundo, Sigmę użytkuję ponad miesiąc, w tym czasie przejechałem z jej pomocą około 200 kilometrów, w tym 40 oświetlając drogę dwóm rowerom
Podsumowanie. Lampkę kupiłem u sprzedawcy Allegro - MAXIOR – w cenie 99 złotych polskich plus przesyłka, jest to znaleziona najniższa przeze mnie cena. Nadmieniam, że reklama sprzedawcy to moja osobista inicjatywa, przede wszystkim, aby ułatwić czytelnikom zakup. W tej cenie dostałem lampkę bez baterii i BEZ zasilacza, o którym jest mowa w oficjalnych stronach produktu, jednak biorąc pod uwagę powszechność ładowarek akumulatorów uznałem to za zbędny dodatek. Smilux zapodaje światło w całkowitych ciemnościach na odległość wystarczającą mi do zjazdów bez większego hamowania w lesie po nierównym terenie. Na asfalcie z powodzeniem oświetlałem drogę drugiemu rowerzyście jadąc kawałek za nim. Światło jest ładnie rozproszone, w czasie jazdy można swobodnie regulować kąt padania światła. Ogólnie w kategorii “oświetlenie drogi” lampka dostaje ocenę bardzo dobry plus. Smilux posiada także bajer w postaci diody, która wskazuje poziom wyczerpania baterii. Osobiście kiedy pojawia mi się kolor zielony (czyli połowa baterii) polecam ładować, aczkolwiek do poziomu czerwonego (czyli niski poziom) da się jechać bez innych źródeł światła, kłopotem staje się tylko komfort jazdy. Co do czasu świecenia, to szczerze nie prowadziłem porządnych pomiarów, ale na oko zielona dioda pojawia się po 60 km jazdy, czerwona duuużo później. Swego czasu próbowałem wyczerpać baterie do dna, jednak zabrakło mi cierpliwości ;] . Na koniec tylko jedna uwaga, w mieście polecam używać Smiluxa skierowanego mocno na podłoże, ponieważ moc potrafi oślepić innych rowerzystów.
fatmast
Biegasz, jeździsz, skaczesz i tyjesz. Tak, to możliwe, trzeba się postarać ale jednak możliwe. Cokolwiek robię, nie jest to związane z magią odchudzania, jednak dłuższe uprawianie jakiegokolwiek sportu siłą rzeczy kończy się zazwyczaj lekturą na temat prawidłowego odżywiania. Oprócz standardowych zaleceń: nie jedz dużo przed snem, nie pij alkoholu i jedz regularnie, znalazłem kilka nowych ciekawostek.
1. Dr Timothy Church z Pennington Biomedical Research Center w Luizjanie wykazał, że nie warto przesadzać z intensywnością ćwiczeń. Jak wynika z badań, nasz sprytny organizm po bardzo dużym wysiłku często domaga się jeszcze większej nagrody. Dla przykładu dzieci, które biegają i grają 5 minut, spalają w tym czasie 50 kalorii. Po wszystkim mają jednak apetyt polecający im wchłonięcie 500 – 1000 kalorii. U dorosłych mechanizm działa tak samo; często tłumaczą sobie, że zasługują TERAZ na przykład na pączka. A przypominam, aby spalić pączka należy – 53 minuty jeździć rowerem lub 22 minuty biec z prędkością 8 km/h, dla pracowitych jest opcja koszenia trawy przez 48 minut lub 160 minut składać pranie.
2. Śpij. Siedem – osiem godzin snu na dobę jest optymalną wartością. Dłuższy pobyt u Morfeusza powoduje – bynajmniej u mnie – efekt walnięcia młotem w czaszkę. Jak dowiedli naukowcy brak snu wytwarza hormon głodu – stwierdzono 28 procentowe zwiększenie tego hormonu w organizmach osób, które spały po cztery godziny na dobę. Co najgorsze, niewyspane osoby w całym tym głodzie sięgają głównie po wysokokaloryczne węglowodany.
3. Nie denerwuj się. Nie dość, że wszystkich najlepiej uspokajają rzeczy zawierające dużo tłuszczu i cukrów, to nasz organizm pod wpływem długotrwałego stresu wytwarza kortyzol, którego nadmiar przyspiesza przetwarzanie pokarmu w tłuszcz.


