plan is plan jest pan

9 Luty 2010 glsh Dodaj komentarz

W życiu warto mieć plan, choćby tylko po to, żeby z lenistwa go nie wypełnić :)

W związku z powyższym w tym roku zaplanowałem sobie kilka wyzwań, których mam zamiar, sam lub z pewnymi osobami, się podjąć. W pięknym 2010 roku można będzie mnie zobaczyć na kilku imprezach biegowych:

Wszystkie biegi w Gdyni, czyli 8 maj – 10km, 19 czerwca – 21,2 km (bieg nocny), 11 listopad – 10 km. Niestety z powodu choroby 6 lutego jedynie kibicowałem Niedźwiedziowi, który pokonał swoje pierwsze wyścigowe 10 km.

Dwa razy w roku obijemy się o stolicę, najszybciej w czasie Pólmaratonu Warszawskiego 28 marca, a później w trakcie Maratonu Warszawskiego 26 września.

Poza tym w dniu wczorajszym wciągnąłem się na listę KATORŻNIKA, czyli 10 kilometrów błota, wody i innych wymyślnych przeszkód, który odbędzie się 15 sierpnia.

W planach był również przebiegnięcie 8 kilometrów po piasku w Łebie 29 sierpnia, chociaż jak się okazało, będę świeżo po poprawinach jak myślę obfitego wesela…

Razem z Niedźwiedziem chcemy również zaliczyć każdą edycję Gdyńskiego MTB, a treningi zaczynamy jak tylko sól zniknie z naszych dróg…

Wychwalając już swoje postanowienia, trzeba zaznaczyć bardzo bliskie, ponowne spotkanie z pewną jaskinią w Tatrach, która ostatnim razem stawiła nam czoła zawiłością korytarzy. Obecnie uzbrojeni w większy zasób wiedzy, ruszamy na jej podbój, już niedługo. Prawdopodobnie szykuje się kolejny temat w skromnym blogu pod tytułem małe ekstremum.

after little break

4 Luty 2010 glsh Dodaj komentarz

Wiele kilometrów minęło pod stopami od kiedy ostatni raz tutaj zawitałem. Oczywiście nie wiąże się to z zaprzestaniem rowerowo – biegowego życia, wprost przeciwnie, mogę śmiało powiedzieć, że obecna zima jest najbardziej sportową w moim skromnym życiorysie.

W nowy rok wszedłem z pulsometrem Sigmy, którym zostałem obdarowanym przez znajomych, jak i małym niepozornym urządzeniem o nazwie POWERbreathe Plus, które wygrałem w czasie jednego z konkursów organizowanych przez portal bieganie.pl.

O Sigmie Pc15 mogę powiedzieć, że jest ideałem w stosunku cena – jakość/opcje. Ładnie wykonany, menu jasne i przejrzyste, wieczorową porą można sobie nawet podświetlić na chwilę wyświetlacz, ogólnie wszystko to, co mogłem chcieć od tego rodzaju sprzętu. Pulsometr przetestowałem już w wilgotnych i brudnych warunkach, jak również przeżył ze mną bieg przy –10 stopniach Celsjusza, co jednak wskazane jest w instrukcji jako niemądre posunięcie.

Kolejną skrótową recenzją obejmę urządzonko o nazwie POWERbreathe Plus. Powerbreathe ma na celu zwiększyć siłę i pojemność płuc. Nie robiłem sobie pomiarów spirometrycznych przed i po rozpoczęciem treningu, jak to miało miejsce w pewnym artykule. Poniższa opinia nie ma więc podstaw naukowych, a opiera się jedynie na subiektywnych odczuciach. W korzystaniu z przyrządu ważna jest dyscyplina – dwa treningi dziennie, każdy trwający około 5-7 minut, wymagający ode mnie dość poważnego zaangażowania. I chociaż pięć minut nie jest olbrzymim kawałkiem czasu nie udało mi się dzień w dzień przeprowadzać treningu – a to zapomniałem wziąć torebki z przyrządem na wyjazd, a to złapała mnie jakaś infekcja (przeciwwskazanym jest wtedy przeprowadzanie treningu). Ogólnie, po kilku tygodniach ćwiczeń (z przerwami) mogę powiedzieć, że używanie Powerbreathe daje odczuwalne rezultaty, które od razu zauważyłem podczas meczy w piłkę halową, gdzie płuca dostają mocny wycisk. Otóż w czasie gry dostaję o wiele mniejszej zadyszki niż wcześniej. W czasie długich biegów również zauważyłem poprawę – prawie skończyły się uporczywe kolki, czyli tlen o wiele lepiej dociera do podstawowych organów. Więc bez poważnych pomiarów, mogę śmiało powiedzieć, że coś w płucach mi się zmieniło na plus. 

Tą krótką recenzją pragnę przywitać rok na łamach rowerowego gulaszu. Rok, który będzie intensywny, na pewno pod względem sportowym, mam nadzieję również pisarskim.

Run Forest, run

6 Grudzień 2009 glsh 2 komentarzy

Nie samym rowerem człowiek pisać może. Zgodnie z tą starą i znaną maksymą do bloga załączam kolejną kategorię – BIEGANIE. Nie będzie rozwodzenia się nad wyższością pedałowania od truchtania, czy też w drugą stronę, bo to tak, jakby dyskutować nad wyższością downhillu od MTB. Osobiście obie te formy spędzania czasu z sobą, lub drugą osobą traktuję na równi, aczkolwiek trening biegowy zajmuje o wiele więcej miejsca w moim rozkładzie dnia.

Co jest tak wciągającego w poceniu się przekładając nogi lewej i prawej na zmianę do przodu? Po pierwsze zdziwienie ludzi; bo niestety chłop w dresie bez “bejsbola” w ręku budzi wciąż zdziwienie. Przede wszystkim jednak jeśli się już człowiek wciągnie, bieganie działa jak narkotyk, chce się go więcej, częściej, poświęca coraz więcej czasu i daje wiele radości. Tylko skutków ubocznych nie ma, jeśli ktoś mówi inaczej – jest w błędzie.

Z bieganiem wiąże się kilka podstawowych zasad, które staram się przestrzegać. Primo, tak naprawdę nie wiesz jak masz to robić. Chociaż bieganie wydaje się prostą czynnością, którą każdy zna od dzieciństwa – jest inaczej. Przekonałem się o tym czytając swoją pierwszą książkę w tym temacie, po której uświadomiłem sobie jak wiele rzeczy robię źle. Zdobywanie wiedzy jest równie ważne co praktyka, a wiedza jest tym bardziej potrzebna, im bardziej się w tą aktywność wciągniemy. Secundo. Bieg to przyjemność. Zazwyczaj treningi traktuję jako przyjemny kontakt z naturą, daleko mi do masochizmu, wypluwania płuc i innych sadystycznych praktyk, do tego są zawody. Cokolwiek w życiu robisz, niech daje Tobie przyjemność, oto podstawa wszystkiego, również biegania. Na treningach staram się nie wypluwać płuc, walczyć z bólem i stosować innych sadystycznych praktyk. Oczywiście, nie jest to zabronione, jednak jeśli bieg przyniesie Tobie przede wszystkim przyjemność, będzie to całkiem inna forma aktywności, a po pewnym czasie przebiegniesz maraton z uśmiechem na ustach.

I tego wszystkim życzę, uśmiechu na ustach, w czasach maratonu. 

Kategorie:bieganie Tagi:

ghost bikes

8 Listopad 2009 glsh Dodaj komentarz

Już minęła chwila czasu od dnia, kiedy to kalendarz wytyczył wszystkim wspominanie bliskich zmarłych. Często jednak idąc lub jadąc drogą, bez względu na dzień, widzi się stojące na poboczach znicze, będące świadectwem tragedii i równocześnie ostrzeżeniem.

Jak się okazało społeczność rowerzystów na świecie, już od kilku lat ma własny sposób na upamiętnienie zabitego rowerzysty w wyniku wypadku drogowego. Pomysł pojawił się w San Francisco w roku 2002, a został rozwinięty w St. Luis rok później przez pana o nazwisku Van der Tuin. Wszystko polega na postawieniu w miejscu wypadku, w wyniku którego zginął rowerzysta, roweru w całości pomalowanego na biało, często wykorzystywany jest zniszczony rower.

Pierwszy “duch roweru” w Polsce stanął w Łodzi 2 listopada 2009 roku, upamiętnia śmierć Mariusza Moronia. Mocno prawdopodobnym jest, że takich instalacji będzie w naszym kraju coraz więcej. Być może dzięki temu,  coraz więcej osób zrozumie, że jazda rowerem po naszych drogach nie należy do bezpiecznych, a starcie 10 kg roweru  z ponad toną blachy może kończyć się tylko w jeden sposób.

Kategorie:AKCJE Tagi: , , ,