DZIĘKUJĘ I ZAPRASZAM

16 Luty 2011 Dodaj komentarz

Dziękuję wszystkim za uwagę, pomimo lat swietlnych bezczynności. Na szczęście nie jest to pożegnaniem, tylko zaproszenie, na nowo powstaly blog grupy ZŁOMY – www.zlomy.cba.pl – gdzie można będzie czytać o bieganiu, delektowaniu się chwilami na rowerach, machaniu hantlami i sposobach jak nie połamać mięśni przy okazji. Oczywiście dostępne będą także wszystkie posty z tutejszego bloga.

Jeszcze raz zapraszam, z mocnym postanowieniem pisania raz na minimum dwa tygodnie.

Kategorie:akcje Tagi:

3..2…1…start

21 Kwiecień 2010 2 uwag

Zaczynamy sezon, spokojnie, powoli i w błocie.

Po kilku próbnych jazdach do pracy postanowiłem zrobić coś na serio, czyli zobaczyć co tam w lesie piszczy. Skorzystałem z obieganej już trasy 10 kilometrowej i wydłużyłem ją do 15, wytyczając przyszłotygodniowy trening biegowy. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że trasa, którą dziś przejechałem jest dla sportowców na dwóch nogach, dla tych na kółkach od 6 do 9 kilometra zaczyna się odcinek specjalny – pełną parą – na początku nagłe zakończenie drogi i przeprawa przez pole, później przeskok przez trasę 224 i chwilowa droga leśna, która po chwili zamienia się w błotniste piekło usiane poprzewracanymi drzwiami i mnóstwem gałęzi, które ostatecznie dowiozłem do mieszkania. Na końcu odcinka czeka podejście pod górę, z góry wykluczam podjazd (kto podjedzie ma litra whisky) , tak więc ten odcinek przeszedłem z rowerem na plecach. Po podejściu  zobaczyłem drogę nr 218, jednak pełen już optymizmu pojechałem dalej lasem i w końcu trafiłem na czerwony szlak, którym zjechałem do miasta.

Nie obyło się bez obcowania z przyrodą, w pewnym momencie natknąłem się na kilka jeleni (jakbym pisał blog o prowadzeniu samochodu znaczyłoby to co innego:), na pierwszy rzut oka myślałem, że są to konie – były naprawdę duże – jednak jeden z nich śmignął mi za plecami i zdążyłem mu się przyjrzeć, piękne zwierzęta. Oczywiście zapomniałem aparatu, postanawiam poprawę.

Pierwsza jazda odbyła się przy wspomaganiu nowego gadżetu w postaci GPS i pani w telefonie, która przyjemnym głosem mówi ile przejechałem i jak strasznie powoli to robię. Dzięki temu, łatwo będzie mi pokazywać, każdą przebytą trasę:

mapa

mapa

ps. Ścieżka na mapie się urywa – bateria w GPS odmówiła współpracy – trasa biegła dalej po prawej stronie ul. Marynarki Wojennej, czyli czerwonym szklakiem.

Kategorie:trasy Tagi: , , , , ,

21 kilometrów i… uśmiech

6 Kwiecień 2010 4 uwag

Minęło już wystarczająco dużo czasu, aby mięśnie zapomniały o tym co się stało 28 marca 2010 roku, a działo się wiele.

Do Warszawy trafiliśmy dzień szybciej, przyjazd w znajome strony nie mógł jednak tym razem zakończyć się staropolskim zapijaniem ogórków wódką i jeszcze bardziej tradycyjnym kacem na drugi dzień. Przy łóżku poustawialiśmy składniki na śniadanie w postaci HMB, Glutaminy i rzeczy potrzebnych do zrobienia pysznych naleśników z masłem orzechowym i bananami. Kłopotem okazało się odpowiednie ustawienie budzików – nikt nie wiedział, czy zareagują one na zmianę czasu; postanowiliśmy więc poustawiać wszystkie możliwe wersje budzenia, tak aby po prostu się nie spóźnić.

rozgrzewka

before run

Oczywiście jak to zwykle bywa, podręcznikowo przespaliśmy około 5,5 godziny, po czym powoli zaczęły hałasować dźwięki budzików, nastała poranna walka z sobą, do czasu pierwszej wygranej bitwy przy udziale kawy, później już tylko naleśniki, trochę chemii, rzut białka, spakowanie rzeczy i jedziemy.

Start i Meta Półmaratonu Warszawskiego była na Krakowskim Przedmieściu. Prawie cztery tysiące osób, miliony banerów, tysiące dźwięków i setki toi toi. Organizatorom trzeba przyznać, że wszystko było dopięte na ostatni guzik, no bynajmniej ja nie odczułem żadnych uchybień. Wszystko ładnie opisane, również po angielsku; jak na taką liczbę osób, żadnych kolejek przy kiblach, miejscach oddawania rzeczy osobistych, no kolejka była tylko na starcie.

Wystrzał równo o godzinie 10:00, zgodnie z programem, kilka porządnych chwil po wystrzale zaczęliśmy biec. Jak zwykle emocje wzięły górę nad rozsądkiem, plan spokojnego startu legł w gruzach i zaczęliśmy wyprzedzać tyle osób ile się da. Lewa, prawa, bokiem, środkiem i po chwili byliśmy kilkaset osób do przodu, a tętno zamiast 155 jak założyłem, wahało się powyżej 170. Przy trzecim kilometrze opanowaliśmy emocje, a bardziej nasz organizm nas opanował i ustawiliśmy tempo na to z góry zakładane.

Na trasie wyścigu, trzeba przyznać, było sporo kibiców, w tym tych przypadkowych, myjących na przykład okna w domu, lub stojących przed kościołem. Zgodnie z obietnicami organizatora, co kilka kilometrów jakiś zespół przygrywał na instrumentach, najpierw Orkiestra Policyjna, później zespoły grające na djembe i innych podobnych rzeczach.

Po 15 kilometrach „biegu zgodnie z planem” postanowiłem sprawdzić siebie (przecież o to chodzi w zawodach:) i przyspieszyłem. Zredukowałem bieg, wcisnąłem gaz i do przodu. Puls z 155 przyspieszył do 180 – 190 uderzeń na minutę, jak się później okazało maksymalnie osiągając 205. Pole widzenia skurczyło mi się do tego co z przodu, oddech wszedł na wyższe obroty, a mięśnie nóg poczuły, że to już nie przelewki. Na 19 kilometrze poczułem, że jak stanę, to już prawdopodobnie tak zostanę, więc postanowiłem nie zwalniać, a jedynie przyspieszyć. Ostatnią prostą spędziłem na sprincie z miłą panią, która pomiędzy szybkimi oddechami spytała czy się może podłączyć, a ja z szybkim uśmiechem, jeszcze szybciej powiedziałem OK. Na mecie dwie panie przejechały mi po klatce czujnikiem, żeby wypunktować mój czas, później szybko wziąłem napój izotoniczny ze stanowiska i folię z wielkim logiem organizatora i wyszedłem z tzw. linii mety. Przeszedłem jeszcze kawałek, a ten krótki spacer był chwilowo nie lada wysiłkiem, przykucnąłem i poczułem dosłownie każdy mięsień, mówiący mi, że chyba oszalałem z tym biegiem.

W czasie sprintu wyprzedziłem około 600 osób, pozwoliło mi to spełnić cel czyli ukończyć bieg w czasie poniżej 2 godzin – dokładnie 01:58:53 netto, w tym czasie spaliłem około 1900 kcal, a skutki biegu odczuwałem przez najbliższe 3 dni. Ale było warto.

plan is plan jest pan

9 Luty 2010 Dodaj komentarz

W życiu warto mieć plan, choćby tylko po to, żeby z lenistwa go nie wypełnić :)

W związku z powyższym w tym roku zaplanowałem sobie kilka wyzwań, których mam zamiar, sam lub z pewnymi osobami, się podjąć. W pięknym 2010 roku można będzie mnie zobaczyć na kilku imprezach biegowych:

Wszystkie biegi w Gdyni, czyli 8 maj – 10km, 19 czerwca – 21,2 km (bieg nocny), 11 listopad – 10 km. Niestety z powodu choroby 6 lutego jedynie kibicowałem Niedźwiedziowi, który pokonał swoje pierwsze wyścigowe 10 km.

Dwa razy w roku obijemy się o stolicę, najszybciej w czasie Pólmaratonu Warszawskiego 28 marca, a później w trakcie Maratonu Warszawskiego 26 września.

Poza tym w dniu wczorajszym wciągnąłem się na listę KATORŻNIKA, czyli 10 kilometrów błota, wody i innych wymyślnych przeszkód, który odbędzie się 15 sierpnia.

W planach był również przebiegnięcie 8 kilometrów po piasku w Łebie 29 sierpnia, chociaż jak się okazało, będę świeżo po poprawinach jak myślę obfitego wesela…

Razem z Niedźwiedziem chcemy również zaliczyć każdą edycję Gdyńskiego MTB, a treningi zaczynamy jak tylko sól zniknie z naszych dróg…

Wychwalając już swoje postanowienia, trzeba zaznaczyć bardzo bliskie, ponowne spotkanie z pewną jaskinią w Tatrach, która ostatnim razem stawiła nam czoła zawiłością korytarzy. Obecnie uzbrojeni w większy zasób wiedzy, ruszamy na jej podbój, już niedługo. Prawdopodobnie szykuje się kolejny temat w skromnym blogu pod tytułem małe ekstremum.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.